IV liga Pomorze: 18.10.2003 r. (sobota) godz. 15.00

Lechia Gdańsk - Olimpia Sztum 2:0
Gole: Zbigniew Kobus 68'k, Marek Widzicki 73'
Widzów: 2050

Lechia: Bak - Morka (57' Urbański), Kaczmarek, Matuk, Gasiorowski, Borkowski, Melaniuk, Widzicki, Żuk, Kobus (80' Wasicki), Szutowicz (73' Stole). Trener: Jerzy Jastrzębowski.

Wbrew zapowiedziom, Lechii nie udało się zmobilizować na trzeci kolejny mecz z rywalem z czołówki. Biało-zieloni na szczęscie jednak zwyciężyli i to nawet bez utraty bramki, co po raz ostatni w meczu domowym zdarzało im się w sierpniu.
Dzięki temu zachowaja ligowe przodownictwo na co najmniej kolejny tydzień, dzięki temu odskoczyli też na dalsza odległosć od drużyn znajdujacych się w tabeli poniżej drugiej Gedanii Gdańsk.
Pierwsza bramkę lechisci zdobyli dopiero 22 minuty przed końcem spotkania z rzutu karnego, o którego podyktowanie pretensje miał szkoleniowiec gosci. Swoimi niezbyt uzasadnionymi żalami aż wzburzył Jerzego JJastrzębowskiego, zadowolonego z postawy swojego zespołu i zaprezentowania przez Lechię piłkarskiego charakteru. Olimpia wyszła na boisko spięta i przestraszona. Popełniała błędy w obronie, nie potrafiła przytrzymać piłki na dłużej niż kilkanascie sekund, parokrotnie też traciła ja na 30 metrze, dajac lechistom okazję do stworzenia groznej sytuacji. Ci jednak dobrodusznie równie szybko te akcje niweczyli. Sztumianie z każda minuta nabierali pewnosci siebie i konstruowali coraz grozniejsze ataki. Niebezpieczne były zwłaszcza dosrodkowania w pole karne, pozostajace na szczęscie bez finalizacji. Na pewien czas goręcej pod bramka Wojciecha Jachimowskiego zrobiło się od 19 minuty, a rozpoczęło się od faulu Sebastiana Ratajczyka na Zbigniewie Kobusie. Rzut wolny z 17 metrów wykonywał Tomasz Borkowski.
Strzelił minimalnie nad poprzeczka i chyba był tak zadowolony z efektu, że do końca meczu nie dopuscił już do wykonywania wolnych nikogo innego (fakt, że w 67 minucie trafił z tego stałego fragmentu w poprzeczkę). W 21 minucie Kobus niecelnie uderzał po podaniu z prawej strony od Janusza Melaniuka, a sekundy pózniej miał jeszcze lepsza okazję. Po akcji Szutowicza zbyt lekko tracił pięta piłkę, a ta - ku rozczarowaniu publiki - Coraz grozniejsi stawali się goscie. Radosław Bartosze wiez potwierdził swój nieprzeciętny talent - prowadził grę, był szybki i potrafił tak dryblować, że nawet tacy doswiadczeni piłkarze jak Borkowski czy Marcin Kaczmarek dawali się ogrywać na małej przestrzeni (24 minuta). W 36 minucie przyjezdni mogli, a nawet powinni objać prowadzenie po indywidualnej akcji Nikodema Twardowskiego. Drogę do bramki otworzyło mu poslizgnięcie się Pawła Żuka, dzięki czemu sztumianin odważnie ruszył w kierunku Mateusza Baka i oddał strzał, który trafił w słupek. Piłka wróciła pod jego nogi, ale na szczęscie dobitka okazała się już bardzo niecelna. W 41 minucie Tomasz Mazurek bardzo groznie główkował po wykonywanym przez Sebastiana Cierlickiego rzucie rożnym. W natychmiastowej odpowiedzi Kobus zagrał do Melaniuka, któremu piłkę dosłownie dwa metry od bramki wybił na rzut rożny Ratajczyk. W końcówce Olimpia przycisnęła, chociaż gdy sędzia zakończył grę, w srodku akcji byli akurat gdańszczanie... Lechia nie forsowała tempa, grała ospale, notowała mnóstwo strat. Pod względem włożonego zaangażowania była to zupełnie inna Lechia, niż ta z meczów z Orkanem i Gedania. W drugiej linii pozytywniej wyróżniał się Melaniuk, który zanotował kilka skutecznych odbiorów pod własnym polem karnym, potrafił też z prawej strony parokrotnie stworzyć niebezpieczeństwo. Dla odmiany operujacy w srodku Borkowski z Widzickim głównie tracili kolejne piłki. Podobnie atak - Kobus tylko się przewracał, a Szutowicz w czterech ostatnich spotkaniach zdobył zaledwie jedna bramkę, znów jakby się trochę zablokował. Operujacy na lewej stronie pomocy Żuk nie otrzymywał kompletnie żadnych podań i dlatego pierwsze dosrodkowanie wykonał dopiero w 37 minucie. Można się było domyslać, że w drugiej połowie Lechia błyskawicznie zaatakuje rywala i tak też się stało.
W ciagu pierwszych 200 sekund gospodarze oddali aż trzy celne strzały, podczas gdy przed przerwa ta sztuka nie udała im się ani razu.
Wszystkie były jednak niestety zbyt lekkie, żeby mogły zaskoczyć bramkarza przyjezdnych. Przełomowym momentem spotkania było wejscie na boisko w 57 minucie Przemysława Urbańskiego, który nadał atakom Lechii dynamizmu i energii.
Już w pierwszym kontakcie z piłka popisał się bardzo udana akcja, ale piłka po strzale Szutowicza została zablokowana. W 67 minucie Urbański znów dosrodkował z lewej strony, a Cierlicki nieopatrznie zagrał piłkę ręka w polu karnym. Fatalny bład grajacego trenera sztumian, wszak w jego najbliższym otoczeniu nie było żadnego lechisty. O dziwo do jedenastki podszedł Kobus - piłkarz, który w meczu z KP Sopot nie wytrzymał próby nerwów, co ostatecznie zaważyło na przegranej Lechii. Tym razem wygrał jednak rywalizację z pięć lat młodszym Jachimowiczem i Lechia objęła prowadzenie. Pięć minut pózniej rozgrywajacy przeciętny mecz Widzicki popisał się piękna akcja, która ostatecznie pogrzebała Olimpie. Z prawej strony ruszył po delikatnym łuku w kierunku srodka pola karnego, jakby wolnym korytarzem, gdyż żaden z defensorów nie potrafił stanać mu na drodze. Stłamszona w drugiej odsłonie Olimpia końcówkę grała w osłabieniu. W 80 minucie sędzia Dawid Piasecki pokazał żółty kartonik Kaczmarkowi, a Mazurkowi nawet od razu czerwony. Sztumianin był wyjatkowo zaskoczony, wraz z kolegami otoczył arbitra, wszyscy wskazywali na sędziego asystenta. Słupski sędzia jeszcze przez kilkadziesiat sekund konsultował tę decyzję, wygladało jakby miał ja za moment zmienić, ale ostatecznie wyprosił wsciekłego Mazurka z boiska. - Nie wiem o co dokładnie chodziło. Będę musiał poprosić sędziego o wyjasnienia - mówił obserwator Pomorskiego ZPN, Jerzy Kacprzak. Jak się dowiedzielismy, Kaczmarek obraził Mazurka słownie, a ten zrewanżował się nieparlamentarnym gestem. Z dwubramkowa przewaga i przeciwko dziesięciu rywalom Lechia nie miała już najmniejszego prawa stracić punktów.
Olimpia też była już bezsilna, chociaż dwie minuty przed końcem Twardowski mógł jeszcze zanotować honorowe trafienie, z bliska strzelił jednak niecelnie. Pretensję o tę sytuację mieli do siebie nawzajem Bak i Kaczmarek.
Wczesniej, w 70 minucie Bak udanie wybronił strzał Jacka Bykowskiego. W drugiej połowie jednak zdecydowana przewagę miała już Lechia, przejawiajaca już znacznie więcej lepszej gry i chęci wygrania tego meczu. Zwyciężyła zasłużenie, chociaż mało przekonujaco. [L]

zródło : dawna strona lechia.gda.pl